Handy Shower – Innowacyjny prysznic polowy

Bardzo poręcznym urządzeniem w lesie jest prysznic polowy (turystyczny). Dzięki niemu w prosty sposób możemy się szybko umyć, lub spłukać brud z rąk. Tytułem wstępu przedstawiamy Handy Shower 🙂

 

Zanim zaczniemy na dobre, musicie wiedzieć że sprzedaż Handy Showera działa na zasadzie „buy one, give one” – gdy kupimy jeden egzemplarz, drugi wysyłany jest do organizacji humanitarnych np. do krajów trzeciego świata.

Całość urządzenia składa się z dwulitrowego bukłaku od którego wychodzą dwa otwory po obu stronach. Jeden – większy- służy do wlewania wody do środka. Drugi zaś do podłączenia węża. Wcześniej wspomniany mierzy 1,5 m oraz posiada system wymiennych końcówek ułatwiających poszczególne zadania. Do testu w wersjach prototypowych dostaliśmy tylko dwie końcówki aczkolwiek producent zapewnia o obecności czterech w oryginalnej wersji:

  1. Końcówka krótka prysznicowa – umożliwiająca szeroki rozprysk wody w przód.
  2. Końcówka krótka prysznicowa skupiona – umożliwiająca wąski, skupiony rozprysk wody w przód.
  3. Końcówka długa bidetowa – umożliwiająca lanie wody w dół, pojedynczym strumieniem.
  4. Końcówka długa do mycia rąk – umożliwiająca lanie wody w dół wieloma strumieniami

Handy Shower działa na zasadzie grawitacji – pojemnik z wodą musi być umieszczony ponad końcówkę wypuszczającą wodę aby całość działała. O użytkowaniu prysznica pod tym aspektem, w dalszej części 🙂

 

Cały zestaw do polowej higieny został skompresowany do malutkiego, zapinanego na zamek błyskawiczny etui co świetnie poprawia jego przenoszenie.

Jeżeli chodzi o nasze osobiste przetestowanie tego urządzenia to zabraliśmy go na dwutygodniowy wypad pod namioty aż w Bieszczady 🙂 Opinii pozytywnych i negatywnych o samym produkcie mamy naprawdę masę. Zacznę może od tego, że do naszego dolnego otworu w bukłaku przydałby się swojego rodzaju korek/zawór tak aby wodę w nim można było przenosić bez podłączania węża – po prostu bezpośrednio w samym pojemniku.  Wcześniej wspomniany system wypuszczania wody za pomocą grawitacji całą redakcją uważamy za lekko mówiąc słaby. O ile u nas w lesie o powieszenie worka z wodą nie trudno, tak na pustyni (Handy Shower ma być przeznaczony także do tego) może to już stanowić pewien problem. Zamontowanie pompki rozwiązało by wszystkie problemy tego produktu 🙂

Jednakże pomimo paru małych problemików, przez dwa tygodnie hardego używania prysznic w swojej roli sprawdzał się bardzo dobrze – mył naczynia, buty, ostrza opłukiwał ręce. Zgodnie z zapewnieniami producenta Handy Shower wydawał nam wodę w bardzo oszczędny sposób nie marnując ani kropli. Spust prysznica chodził bardzo gładko, a proste i płynne wymienianie końcówek tylko ułatwiało całą robotę. Myślę, że pojemnik na wodę mógłby być ciutkę większy nawet kosztem kompaktowości, gdyż co chwila musieliśmy biegać po wodę do najbliższego strumienia 🙂

 

Osobiście uważam, że naprawdę warto kupić Handy Showera gdyż jest to urządzenie bardzo pomocne szczególnie w sytuacjach gdy nie chcemy marnować nawet kropelki wody, z powodów jej deficytu. Przez tak krótki okres jak dwa tygodnie użyliśmy tego prysznicu niezliczoną ilość razy i ani jednego się nie zawiedliśmy 🙂

Pozdrawiam,

Damian

 

 

 

Perfekcyjni Ludzie Lasu! Akcja zbieranie śmieci – podsumowanie.

Dziś bez zbędnego wstępu. Ponieważ na FB wybiło 1500 polubień zamiast konkursu chcieliśmy zrobić coś dla siebie, dla innych i przede wszystkim dla lasu. Nasza akcja polega na zebraniu tylu worków śmieci, ile będzie wynosił próg reakcji na portalach społecznościowych. My akurat chcieliśmy 1500 polubień przeliczyć na 15 worków. Początek akcji można zobaczyć tutaj:

Po 3 dniach poszliśmy do lasu. Kupiliśmy dość małe worki, ale zrehabilitowaliśmy się zbierając prawie 2 razy więcej, niż obiecywaliśmy. 29 worków. Ponad 700 litrów śmieci. Byliśmy przerażeni tym, co ludzie są w stanie wyrzucić. Poza standardowym już patentem ludzkiego niżu umysłowego – moczem w butelkach znaleźliśmy również szpadel, linę stalową i drugą grubszą z hakiem.

Po powrocie zorganizowaliśmy nasze małe „studio”. Tam odbyło się podsumowanie i debata na temat kolejnych cegiełek. Nominujemy Koporę oraz Samotnika. Mamy nadzieję, że inni twórcy również śmiało się przyłączą do naszego wyzwania. Zapraszamy do oglądania i zachęcamy do udostępniania!

Psssss! Niedługo 2000 i kolejne 20 worków 😉

Mactronic Blackeye MX142L-RC

Każdy z nas kiedyś używał latarki – jedni ogromnych Mag Lightów, drudzy małych telefonowych latareczek. Założę się, także że wielu z nas znalazło się kiedyś w sytuacji, w której bardzo potrzebowali latarki – co tylko udowadnia jej przydatność. Dzisiaj przedstawiam średnich rozmiarów latarkę praktycznie do każdego zadania – Mactronic Blackeye MX142L-RC.

Latarka wraz ze swoim akumulatorkiem(44 gramy), waży zaledwie (jak na swoją moc) 160 gram! Trzynasto i pół centymetrowa latarka spokojnie powinna zmieścić się nam do kieszeni bojówek – gorzej z dżinsami 😉 Wcześniej wspomniana moc urządzenia wynosi  780 lumenów. Światło generowane jest przez,  CREE XM-L U2 – diodę o mocy 10 watów, i widoczne jest na ok. 250m. W latarce znajdziemy także parę trybów świecenia:

100% – W sam raz na ciemną, straszną noc :O

50% – Mniej straszna noc

10% – Dla  „kluczowych” szperaczy :_:

SOS – Gdybyśmy jakimś cudem znaleźli się na bezludnej wyspie 😉

Tryb Strobo – Z taką mocą to i nawet na małej parapetówce można zaistnieć 😀

Przełączanie pomiędzy trybami odbywa się za pomocą małego, gumowego przycisku usytuowanego na górze urządzenia.

W zestawie z latarką oczywiście otrzymujemy specjalną ładowarkę do naszej baterii oraz przejściówkę, którą możemy podpiąć do naszej samochodowej zapalniczki. Jeżeli już mowa o ładowaniu to teraz o akumulatorku słów kilka 😉 – Li-Io 18650 3,7V 2200mAh.

Rozpraszająca światło nakładka, to kolejny mały dodatek do latarki, który może się nam przydać np. do szukania małych rzeczy w trawie. Jest ona szczególnie przydatna podczas zwykłej nocnej przechadzki, gdy nie chcemy aby nasz strumień światła skupiał się w jednym miejscu i męczył nasz wzrok. Producent zapewnia, że latarka jest wodoodporna i posiada na to certyfikaty IP65 (Certyfikat ten świadczy o ochronie „przed strugą wody (12,5 l/min) laną z każdej strony obudowy) – tak więc należy pamiętać by nie próbować nurkować z naszą latarką! 🙂

I nareszcie przebrnęliśmy przez parametry ^_^

Latarka towarzyszy mi już dobre cztery lata! Jedyny problem jaki napotkałem przez tak długi okres czasu, była dioda która po prostu wysiadła.  Co ciekawe, aż 2 lata po upływie gwarancji, w punkcie Mactronica dostałem totalnie nową diodę (nawet ciut mocniejszą), totalnie za darmo. Reszta do teraz sprawuje się wręcz wyśmienicie.

Bardziej dociekliwi czytelnicy już po paru zdjęciach zobaczyli, że oprócz samej diody, baterii i kabli opakowanych w metal  mamy tutaj coś jeszcze 🙂 Tym czymś jest zbijak do szyb w postaci pofałdowanej końcówki latarki – oprócz oczywistego użycia tego dodatku, może on się także nadać jako mały kubotan do pchnięć – oczywiście tylko i wyłącznie w samoobronie!. Dla ciekawskich o akumulator mogę śmiało powiedzieć, że  nie wiele stracił z mocy po 4 latach służby i nadal świeci jak najęty.

Dzięki małej dziurce na odkręcanej części u góry, możemy śmiało przewiesić sobie linkę żeby podczas przerwy w świeceniu latarka nie wypadła nam z ręki.

Podsumowując,

Koszt latarki -300 zł- pozostawiam już do własnej interpretacji. Sama latarka już nie jeden raz taplała się ze mną w błocie i jak widać nadal żyje. Używać zbijaka do szyb nie miałem jeszcze, na szczęście moje i bliskich, okazji użyć. Latarka pomogła mi niezliczoną ilość razy, a zawiodła tylko jeden jedyny. Fakt, że nasze spodnie pozostaną całe, gdyż urządzenie jest niewiele cięższa od niektórych folderów, powinna tylko przekonać do jej zakupu. Jeżeli chodzi o ergonomię chwytu to nie ma się tutaj co rozpisywać – jest wygodna i nie uwiera w żadne miejsce na ręce. Nic więcej i nic mniej. Jako wisienkę na torcie dodam jeszcze, że jej kompaktowy design cieszy moje oczy za każdym razem gdy biorę ją do ręki 🙂

Wielkie dzięki za tę chwilę uwagi, i mam nadzieję że choć minimalnie przekonałem was w stronę tej latarki  🙂

Pozdrawiam,

Damian

Opinel, czyli francuska jakość

Na polskim rynku możemy znaleźć wiele rodzajów noży. Z głownią stałą, składane, full-tangi, necki, tanto, clip-point… można wymieniać w nieskończoność.Tym razem weźmiemy na celownik dwa noże od firmy, która zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych. Opinel jak można wywnioskować po tytule to marka francuska.

Noże opinela cechuje przede wszystkim charakterystyczny kształt i viroblock, zresztą jeden z najbardziej praktycznych jakie przyszło nam używać. Znakiem firmowym opineli są przede wszystkim wysoka jakość materiałów i precyzyjne wykończenie.

Oba noże to składane clip-pointy ze szlifem płaskim, co pozwala osiągnąć ostrość porównywalną do brzytwy, przy niewymagającym procesie ostrzenia.

Opinel No.6 Carbon

Nożyk tej wielkości nikomu nie powinien „urwać spodni” gdyż jego waga wynosi jedynie 30 gram! Jednocześnie  nie jest ona jego wadą, jak w przypadku niektórych, lekkich noży – tym operuje się świetnie.  Jego 7 centymetrowe ostrze powinno spokojnie podołać większości codziennych  zadań. Głownia grubości 1,7 mm niestety wyklucza go z nawet najmniejszej próby podważenia czegokolwiek. Tutaj warto zauważyć, że grubość liczona jest na samym początku głowni, gdzie jest ona najgrubsza – na czubku bardzo drastycznie spada. Złożony nóż ma długość ok 9,2 cm – dla łatwiejszego wyobrażenia, tyle co znany nóż Sanrenmu 710. Z nudnych parametrów noża to na tyle 🙂

 

 

Każdego opinela można kupić w dwóch wersjach – Carbon (Stal Węglowa) oraz INOX (Stal Nierdzewna). Ten konkretny posiada węglową stal XC90, o twardości 57-59 HRC. Rękojeść wykonana z drewna bukowego, wraz z niecodzienną blokadą opinela – viroblock bardzo ciekawie dodają „klimatu” . Ponieważ jest to stal węglowa, pokryłem ją warstwą patyny GUZICZEK 🙂 .  Dodatkowo, ponieważ lubię czasami coś sobie przewiesić przez nóż wywierciłem otwór w rękojeści (Nie jest on fabrycznie dodany w nożu). Folder noszony zamiennie z SRM 710 przez prawię trzy miesiące nie sprawiał mi praktycznie żadnych problemów. Jedynym prawdziwym wg. mnie  „bólem” tego noża jest jego konstrukcja, która niestety uniemożliwia otwieranie go jedną ręką.  Jest to szczególnie niewygodne gdy jesteśmy w biegu i obie ręce mamy zajęte. Przerzucenie jednej rzeczy do drugiej ręki i otworzenie noża kołkiem jest zdecydowanie łatwiejsze.  Doświadczyłem parę takich sytuacji, ale jak na upartego można próbować złapać zębami za wcięcie w ostrzu 🙂 Jak już jesteśmy przy wygodzie używania to uważam, że opinelowi przydałby się choć najmniejszy klips – „majtanie” się po kieszeni nawet takiego malucha może być denerwujące.

 

 

Możliwości użycia tego noża poza domem jest naprawdę wiele. Jednakże znajdzie on też swoje  świetne zastosowanie szczególnie w kuchni – wszystko to dzięki płaskiemu szlifowi. „Szatkowanie” pomidora naostrzonym opinelem będzie po prostu czystą przyjemnością dla naszego oka 🙂 Podczas robienia sobie paru posiłków zamieniłem zwykły kuchenny nóż, na opinela i muszę szczerze powiedzieć, że w niektórych sytuacjach cięło mi się nim o niebo lepiej ze względu na jego mały rozmiar i co za tym idzie – lepsze operowanie nożem. Czasami jednak kawałek złośliwego jedzenia potrafi na dobre zadomowić się w naszej dziurze na paznokieć 🙂

Małe podsumowanie

Myślę, że od małego nożyka kosztującego ok. 32 zł nie można wymagać niczego więcej, niż to co oferuje nam Opinel NO. 6. Świetna jakość cięcia, design i kompaktowość sprawiają że w przyszłości na pewno kupię jeszcze nie jeden nóż tej firmy.

Opinel N09 INOX

To ostrze Opinela wpadło mi w ręce dwa lata temu. Od tamtej pory służy mi wiernie znosząc trudy codziennych obowiązków. Warto zaznaczyć na samym początku, że rękojeść noża została tylko nasmarowana olejem lnianym, w celu impregnacji.

Nóż  sprawuje się świetnie. Jego pozornie dziwaczny kształt daje świetną ergonomię pracy. Zdecydowanie najmocniejszą stroną tego produktu jest lekka praca w drewnie i inne mniej wymagające prace. Do mocniejszych prac lepiej jednak wziąć coś cięższego, chociaż ja swoim nawet batonowałem. Połączenie Opinel- krzesiwo daje dość duży snop iskier bez wysiłku.

-Całkowita długość rozłożonego noża to 21 cm

-Grubość głowni wynosi 1,88 mm,

-Długość głowni 9 cm

-Długość złożonego noża jest równa 12 cm

Stal zastosowana w produkcji noża to nierdzewna Sandvik12C27.

Również tutaj producent nie zawiódł i daje nam nóż z dobrej jakości materiałów, świetnym wykończeniem, za stosunkowo niską cenę. Ostrze nierdzewnej daje nam możliwość zapomnienia o nożu i wyciągnięcia go dopiero w sytuacji wymagającej użycia go. Dodatkowo nóż bez problemu mieści się w kieszeni spodni dzięki swojemu wysmukłemu kształtowi i niewielkiej szerokości. Oprócz tego nóż waży tylko 70 g, przez co nie ciąży i momentami go nawet nie czuć.

Pozdrawiamy Damian i Mateusz 😉

 

Beef Jerky – Przepis na suszoną wołowinę DIY

Wyruszając do lasu często bierzemy ze sobą jedzenie. Staramy się, aby było ono lekkie oraz łatwe do przygotowania. Zazwyczaj są to kanapki, konserwy, gotowe dania do podgrzania. Świetnym rozwiązaniem jest dość popularne Beef Jerky, czyli suszona wołowina. Nie najemy się nią tak jak obiadem, jednak jest bardzo smaczna, ma bardzo długi termin przydatności oraz przyjemnie się ją chrupie/żuje w marszu. Dzisiaj przedstawimy nasz przepis na specjał preppersów i turystów 😉

Kroimy wołowinę w paski. Powinny być one jak najcieńsze, jednak jeśli wyjdą za grube zawsze możemy skorygować to tłuczkiem do kotletów.

Zajmijmy się zamarynowaniem mięsa. Nie możemy podać dokładnych proporcji, gdyż wszystko zależy od ilości mięsa oraz naszych upodobań smakowych. Podstawowa marynata, którą uważamy za bardzo dobrą to:

-Sos sojowy

-Przyprawa do wieprzowiny/wołowiny

-Sól ziołowa lub zwykła – duża ilość

-Papryka mielona słodka

Wszystko należy dokładnie wymieszać w misce. Proporcje są dość dowolne, wszystko zależy od tego jak mocną chcemy mieć marynatę i który składnik ma się najbardziej wyróżniać. Paski mięsa dokładnie moczymy w marynacie. Następnie wkładamy miskę z wołowiną do lodówki na około 24 godziny. Gdy czas minie wyciągamy mięso i wykładamy do suszarki do grzybów lub do piekarnika rozgrzanego do 50-700 stopni, jednak pierwsza metoda jest dużo efektywniejsza i oszczędniejsza.

Nasza wołowina suszyła się 3 dni z przerwami. Po wszystkim porównaliśmy ją z jakąś tanią „Beef Jerky” z sieciówki od Sokołowa i domowa zdecydowanie króluje. Podobnie sprawa się ma z wołowiną ze sklepu militaria. Wersja do it yourself wychodzi zawsze smaczniejsza, zdrowsza i jesteśmy świadomi użytego mięsa i składników. Do tego proces wyczekiwania aż się ususzy również przynosi radość ze spożywania. Nasza dość szybko zniknęła, ale przyjemnie się ją żuło/gryzło w marszu 🙂

Po wszystkim możemy degustować nasze Beef Jerky. Jeśli ktoś ma ciekawy przepis na marynatę, chętnie przetestujemy i posmakujemy. Aby efektowi końcowemu dodać trochę koszerności i surwiwalizmu na zdjęciu musiał znaleźć się nóż 😀 . Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam!

Mateusz

Gadżety z portali aukcyjnych – Wieczna zapałka – test/recenzja

Źródeł ognia jest wiele. Najpopularniejszym są zapałki i zapalniczka. Najskuteczniejszym krzesiwo. Jest więc miejsce na takie niestandardowe sposoby rozpalania? Postaram się przybliżyć jej wady oraz zalety.

Złym z mojej strony byłoby, gdybym nie zaczął od wymiarów. Są one następujące:

-258 mm szerokości

-50 mm wysokości

-10 mm grubości

Gadżet jest mniejszy niż paczka zapałek, co sprawia, że w kieszeni przestaje być wyczuwalny, ale odbija się to również na wygodzie użytkowania go. Produkt ten powinniśmy traktować bardziej jako ciekawostkę niż jedyne co bierzemy ze sobą do lasu. Mam wieczną zapałkę już dość długo i wiem, że nie trudno o to, żeby zawiodła. Knot, mimo, że nasączony bardzo szybko się wypala. Pierwsze kilka użyć jest bardzo wygodnych i nawet rozpaliłem tak kilka ognisk, jednak później samo zapalenie knotu staje się uciążliwe.

Bardzo mały jest „patyczek” z knotem, co dodatkowo utrudnia krzesanie. Do krzesiwa nie mam żadnych zastrzeżeń. Krzesze tak jak powinno. Ciężko na temat tego gadżetu powiedzieć coś więcej.

 

Podsumowując 

Gdyby nie fakt, że wieczne zapałki kosztują koło 2-5 zł to raczej nigdy nikomu bym jej nie polecał. Jest to głównie kolejna ciekawostka ze świata „taktycznego szpeju”. Jej zastosowanie musi być na prawdę ostatecznością, bo z wygody bym jej raczej nie używał. Odradzam wszelkie wieczne zapałki powyżej 7 zł z logo różnych outdoorowych firm, bo jest to to samo, tylko sygnowane czymś lepszym. Co do zalewania, próbowałem benzyną, denaturatem i benzyną do zapalniczek. Najlepiej wyszła opcja najdroższa, czyli benzyna do zapalniczek, bo najlepiej pachnie. Ot tyle na temat wiecznej zapałki. Chętnie dowiem się, jeśli ktoś ma bardziej pozytywne doświadczenia z produktem 🙂 .

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam!

Mateusz

 

 

Plecak Mil-Tec Assault Big – recenzja/test

Za oknem szaro, nudno, pada deszcz. Chciałoby się wyjść do lasu. Jednak pogoda nie napawa mnie entuzjazmem na wyjście. Nie ma tego złego, zawsze można przeczytać recenzję budżetowego plecaka – Mil-Tec Assault pack Big.

Firma Mil-Tec zazwyczaj kojarzy się z najtańszym chińskim „syfem” wciskanym przez sprzedawców niedoświadczonym osobom. W pewnej części tak jest, jednak ten plecak według mnie jest odskocznią od tej opinii, o czym opowiem zaraz. Na wielu forach, gdy ktoś tylko napisze nazwę „Mil-tec” zostaje od razu poddany burzy komentarzy ludzi, którzy nie lubią firmy. Niestety wielu z nich nie miało nigdy sprzętu w rękach, ale jak to w internecie bywa – „nie wiem, ale się wpowiem”. Oczywiście nie mówię, że Mil-Tec jest zaufaną firmą, ponieważ tylko niektóre jej produkty są solidne, reszta często jest wątpliwej jakości. Co do tego plecaka również zdania są podzielone.

dsc_4161

Zacznijmy standardowo od parametrów. Ciężko jest dokładnie zmierzyć wysokość i szerokość plecaka, jednak jego przybliżone wymiary to:

-około 55 cm wysokości

-około 30 cm szerokości

Pojemność plecaka to 35 litrów. Występuje również wersja 20 litrowa. Materiał z jakiego został wykonany to poliester odpowiadający Cordurze. Waga samego plecaka to około 1 kg.

Przejdźmy do wnętrza. Pojemność plecaka rozdzielona jest na 2 kieszenie główne oraz 2 mniejsze na jego froncie. W pierwszej – największej znajduje się przegroda z siatki oraz zapinana kieszonka na drobne rzeczy. W drugiej – organizer. Kolejna kieszeń znajduje się w siatce dystansowej na plecach. Zaraz pod małą kieszonką na górze frontu – w średniej znajduje się kolejny organizer z przegródkami. Niewątpliwą zaletą plecaka jest jego doskonała organizacja przestrzeni. Rzadko w produktach z tego segmentu cenowego znajduje się tyle kieszonek, przegródek itp. Ostatnia mała kieszonka na górze jest najmniejsza i nie posiada organizera, mamy do niej często najłatwiejszy dostęp.

_MG_9381

Praktycznie cała zewnętrzna powierzchnia plecaka pokryta jest pasami molle, do których możemy przytroczyć różne elementy jak ładownice, kieszonki, karabińczyki czy inne. Również wzdłuż ramion plecaka poprowadzony jest pas i 2 D-ringi. Pozwala to na przyczepienie ważnych elementów również z przodu. Assault Pack jest dość wygodny, a przy małym obciążeniu prawie go nie czujemy. Jednak przy dużym potrafi zmęczyć plecy i bolą barki. Ciężko mi to sklasyfikować jako jego wielką wadę, bo jeszcze nie spotkałem się z plecakiem od którego nie bolały mnie barki po długiej wędrówce z obciążeniem przynajmniej 15-20 kg. Ramiona oraz tył pokryte są siatką dystansową, aby zwiększyć wygodę. Plecak posiada po 2 paski z klamrą po każdej stronie, aby plecak można było „skompresować” kiedy nie ma w nim zbyt dużo rzeczy. Kolejnym przydatnym rozwiązaniem jest pas biodrowy, który pozwala odciążyć plecy. Jest na tyle gruby, że nie uwiera, a klamra o dziwo jest dość dobrze wyprofilowana.

DSC_4170

Na dole plecaka również są 2 pasy pozwalające go skurczyć. Ciężko zrecenzować zamki w Mil-Tecu. W moim jednym 4 letnim Assault Packu padły właśnie po 4 latach użytkowania, ponieważ „na siłę” próbowałem go dopiąć. W tym egzemplarzu, który mam od 6 miesięcy jeszcze nigdy się nawet nie zacięły. Suwaki natomiast są średnie. Jak się szarpnie to się urywają, co raczej nikogo nie dziwi. Polecam wymienić je na paracord. Z ładnym węzełkiem wyglądają dużo lepiej i są bardziej trwałe.

DSC_4516

Ostatnią kwestią w plecaku jest jego wodo, a raczej ochlapo-odporność. Wewnętrzne strony są wyłożone gumopodobnym materiałem, który zapobiega dostawaniu się wilgoci i wody, jednak zamki nie wiem dlaczego, ale nie są wodoszczelne. Przez to na deszczu plecak raczej nie zamoknie, ale na terenie podmokłym może coś się dostać.

Podsumowując

Plecak kosztuje 120 zł. Czy to dużo ? To już zależy od indywidualnych upodobań i możliwości osoby kupującego. Nie jest to wcale tak tragiczny produkt jak mówią ludzie na forach, nie niszczy się od patrzenia, czego przykładem są moje 2 egzemplarze. Spełnia on moje wszystkie wymagania. Jest noszony codziennie do szkoły, na wyjścia do lasu i w podróże. Niewątpliwą zaletą są kieszonki i przegródki. Uważam, że w swojej „klasie” plecak jest znakomitym wyborem, a jeśli potrzeba wam czegoś lepszego lub bez loga Mil-Tec, to polecam szukać powyżej 300 zł.

Pozdrawiam po długiej przerwie i mam nadzieję, że uda mi się częściej pisać 🙂

Mateusz

Własna racja żywnościowa

Jedzenie na wszelakie wypady w plener zawsze stanowi pewnego rodzaju problem. Niby sprawa jest dość oczywista i każdy wie mniej więcej co wziąć ze sobą. Jednak okazuje się, że jeśli nie ma się stałego wycieczkowego menu, albo najzwyczajniej postanowi się zmienić takowe, wiele osób nie ma żadnego pomysłu.

str_mg_9346

Ostatnio na stronie pojawiła się recenzja racji żywnościowej SPŻ2. Tak jak zapowiadaliśmy  zrobiliśmy własną, przynajmniej trochę przypominającą składem tą arpolowską. Czy nam to wyszło? Można powiedzieć, że średnio. Niestety Ciężko jest wybrać konkretny posiłek po etykiecie.

Skład racji wyglądał następująco:

-konserwa: kurczak w rosole

-sól

-chusteczki mokre

-papier toaletowy

-suchary

-czekolada deserowa

-pasztet w puszce

-2x gorący kubek

-2x batonik musli

-2x cukierek kawowy

-2x herbata z owoców leśnych

str_mg_9353-1

Zaczęliśmy od wybrania głównego źródła białka. Szukaliśmy czegoś w stylu konserwy obiadowej jak w większości racji. Wybór padł na kurczaka w rosole, który jednak nie okazał się wyborem trafionym. Ciężko zagrzać go na ognisku i nie smakował wcale wybornie, choć dało się go zjeść. Następnie wybraliśmy gorące kubki od Knora zastępujące pomidorową zupkę błyskawiczną z SPŻ2, które były naprawdę dobre. Oprócz odpowiedniego smaku do zalet możemy zaliczyć łatwe przygotowanie. Wystarczy kubek i zagrzana na ognisku woda. Po zupkach przyszła pora na coś do przegryzienia. Myśleliśmy początkowo nad jakimś chlebem, bo szansa na znalezienie w markecie kultowych sucharów specjalnych była raczej znikoma. Udało nam się jednak znaleźć Suchary Beskidzkie, są one trochę mniej twarde i smakują odrobinę inaczej.

I tu dochodzimy do najgorszego wyboru żywieniowego w historii naszego życia. W zamian za konserwę mięsną wzięliśmy jeden z najtańszych pasztetów jakie można było dostać. Smakował obrzydliwie i żaden z nas nie chciał go jeść.

Wszystkie elementy, które można podciągnąć pod deser spisały się jak trzeba. Czekolada nie za gorzka, nie za słodka, jak to zwykle deserowa. Batonik smaczny i pożywny, a cukierki kawowe przyjemne do przegryzki w marszu. Herbata również nie wypadła blado i smakowała jak trzeba.

Całość zapakowaliśmy w worki śniadaniowe dla wodoodporności, do zestawu dodaliśmy tylko łyżkę i włożyliśmy do małej torby.

Nasze główne założenie brzmiało: podobna kaloryczność za mniejszą cenę. Zrobienie racji kosztowało  ok. 20 zł, więc podstawowy cel spełniliśmy. Udało nam się zebrać łącznie większą ilość kalorii niż w SPŻ2 i zapłacić mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że gdybym miał wybierać, zdecydowałbym się jednak na produkt Arpolu.

 

Test/Recenzja polskiej racji żywnościowej SPŻ2

W tym roku udało nam się wybrać na „Zlot pojazdów militarnych – Gąsienice i Podkowy 2016” W Bornym Sulinowie. Oczywiście poza wszelkiej maści pojazdami militarnymi były też stragany, które były rajem dla osób o takich zainteresowaniach jak my. Mundury, wyposażenie, noże, broń i najważniejsze dla tej recenzji – wojskowe jedzenie. Oprócz sucharów wojskowych, które są nieodłącznym elementem diety „militarnej” znaleźliśmy także stoisko Arpolu. Niestety mieli oni ostatnią interesującą nas rację, więc nie było wyboru między daniami. SPŻ2, którą dzisiaj się zajmiemy.

Na szczęście mieliśmy ze sobą aparat i kilka akcesoriów, więc mogliśmy spokojnie przeprowadzić test w naszym „polowym studiu” 😀 . Rozstawiliśmy stolik, na niego arafatka, racja i kilka elementów wystroju. Wyszło całkiem klimatycznie.

spż2 1

spż2 2

Po rozstawieniu zabraliśmy się do racji. Jej skład wygląda następująco:

-Pulpety w sosie pomidorowym

-Mielonka drobiowa z wieprzowiną

-Zupa pomidorowa instant

-Suchary specjalne

-Herbata granulowana

-Kawa rozpuszczalna

-Guma do żucia

-Zestaw Esbit – kuchenka i paliwka

-3 chusteczki nawilżone i kilka zwykłych

-plastikowe sztućce i chwytak do puszki

-tabletka i worek do odkażania wody

-Cukierki (kawowy, cytrynowy i pomarańczowy)

-Czekolada gorzka

-Cukier, sól i pieprz

spż2 3

Racja zapakowana jest w bardzo szczelną folię. W środku wszystko ciasno upchnięte, aby nic się mocno nie pogniotło. Po wyciągnięciu wydaje się tego dość dużo. Racja ma dostarczyć 1613,75 kcal, czyli mniej więcej tyle co dość duży obiad. Dobrą metodą było posortowanie produktów. Kuchenka z paliwkami w jednym woreczku, „deser” w drugim, akcesoria higieniczne w trzecim.

spż2 5

Zacznijmy od początku, czyli dania głównego. Pulpety w sosie pomidorowym. Do nich dołączona jest kuchenka znanej marki Esbit razem z paliwkami w pastylkach. Należy powyginać blaszki w kształt kuchenki zgodnie z instrukcją, ustawić na bezpiecznym podłożu (koniecznie bezpiecznym po potrafi się podpalić !) i można zacząć gotowanie. Do przyrządzenia pulpetów zużyliśmy 3 pastylki. Danie zaczęło „bulgotać”. Kiedy je ściągnęliśmy specjalnym trzymakiem do puszek, było gorące zarówno na zewnątrz jak i w środku. Zapach dość przyjemny, konsystencja również. W puszce znajdowały się 4 pulpety zalane sosem. Smak sosu był bardzo wyrazisty, więc i danie było bardzo smaczne.

spż 6

Drugą potrawą była zupa. Nad nią nie ma co się zbytnio rozwodzić. Była po prostu niedobra, bardzo wodnista, bez smaku. Podobnie jak konserwa, zagryzana sucharami jest do zjedzenia 😉

spż 7

spż 8

Po daniu głównym i zupie przyszedł czas na mielonkę. Produkt, którego obawiałem się najbardziej. O ile Mateuszowi nawet smakowała, o tyle ja bez zagryzania sucharem nie mogłem jej przełknąć. Wspólnie stwierdziliśmy, że zamiast niesmacznej mielonki, lepiej byłoby dodać do zestawu jakiś pasztet.

spż 9

Po sucharach i mielonce było nam dość sucho, więc stwierdziliśmy, że to dobra pora na kawę i herbatę. Do poprawienia smaku użyliśmy tylko tego co było w zestawie. Napój herbaciany był bardzo dobry, nie trzeba było dosładzać, ponieważ i tak był bardzo słodki. Zaletą granulatu jest to, że rozpuści się nawet w zimnej wodzie, więc jeśli nie mamy czasu, a chcemy zabić „chemiczny” smak odkażonej za pomocą tabletki wody, będzie to świetne rozwiązanie.

spż 10

Kawa również bardzo dobra, czarna, mocna, więc musiałem ją mocno dosłodzić. Po dodaniu cukru była bardzo dobra. Wypiliśmy ją jedząc czekoladę gorzką. O dziwo smakowała jak prawdziwa czekolada, a nie jak wyrób czekoladopodobny.

spż 11

Z menu deserowego zostały jeszcze cukierki. 2 zwykłe z witaminą C i jeden kawowy. Smaczne.

spż 12

Podsumowując

Racja żywnościowa była na prawdę dobra. Pomijając konserwę, którą i tak dało się zjeść, tylko, że z sucharami. Posiłek jest pożywny, solidnie zapakowany i zawiera wszystko czego potrzebujemy do jego przygotowania. Jednak cena (33 zł) wcale nie zadowala. Za nią można śmiało złożyć własną rację z większą ilością kalorii i powiedzmy, że sprawdzonymi smakami. Mamy wgląd na to co się w niej znajdzie i przede wszystkim na cenę i jakość produktów. Zresztą to jest materiał na kolejny post, który pojawi się niebawem.

Póki co, pakujemy plecak i wracamy do szkoły, bo wrzesień tuż tuż 😉

DSC_3701

A na razie zostaje nam się pożegnać, podziękować za przeczytanie i pozdrowić :)30

Dakota Fire Hole

Ogień to rzecz podstawowa jeżeli chodzi o jakiekolwiek obozowisko. Przygotowywanie potraw, zagrzanie wody, czy po prostu ogrzanie się w chłodną noc w gronie przyjaciół, bądź samotnie to rzeczy nadające survivalowego smaczku zwykłemu wypadowi w plener.

Dzisiaj dosłownie ognisko w dołku, czyli Dakota Fire Hole. Jest to ognisko idealnie nadające się do gotowania w kociołku, czy pieczenia na ruszcie.

Samo zrobienie dziury pod dakotę nie stanowi dużego problemu jeśli mamy łopatę, bądź saperkę.

Dakota 3Zaczynamy od wykopania dołka, w którym będzie palił się ogień. Powinna mieć ona nie więcej niż pół metra głębokości. Następnie od strony wiatru w odległości nie większej niż ok pół metra od paleniska kopiemy drugą dziurę mającą doprowadzić tlen pod ogień. Obie dziury łączymy  kanałem pod powierzchnią gleby. Dobrze jest aby kanał ten zwężał się w kierunku paleniska.

Dakota 4

Wystarczy już tylko odpowiednio ułożyć drewno i rozpalić. Według mnie najlepiej jest zrobić platformę z cienkich gałązek, na której poukładamy opał.

Zrobienie dakoty nie zajmuje tyle czasu ile mogłoby się wydawać, a łatwo się ją kontroluje, praktycznie bez ryzyka zaprószenia ognia. W dodatku nawet przy lekkim wietrze pali się ono podobnie do piecyka rakietowego, co idzie w parze z naprawdę dużą ilością żaru, który wytwarza. Jednocześnie daje dużo ciepła co pozwala np. na szybkie ugotowanie wody w kociołku.

Mam nadzieję, że pomogłem wszystkim łaknącym wiedzy.

Jest to mój pierwszy wpis, w związku z czym pragnę serdecznie podziękować ekipie survivalowego za przyjęcie mnie w swoje szeregi .

Dziękuję zatem za uwagę wszystkim odwiedzającym stronę, pozdrawiam serdecznie, Mati.